Ewa Obrębowska-Piasecka, Gazeta WyborczaJest tylko jedna droga Są piękni, niezwykli, przerażający i porażający. Muzyka płynie, rozpływa się. Wraca tonem nie znoszącym sprzeciwu, nie pozwalającym na wątpliwości. Przechodzi w bluźniercze litanie i jęki. Płynie. Wraca. Mistrz coś mówi. Czy należy mu wierzyć? Ktoś płacze. Ktoś szepcze. Widz czy aktor?(...) To spektakl? Wystawa, która ożyła? Techno party? Pokaz mody? Jarmarczne dziwowisko na rynku? Piekło? Wracam następnego dnia. Masz wybór: post lub karnawał. Post - na lewo, karnawał - na prawo. Karnawał walczy z postem. Rozpoczynam kolejną wędrówkę. Szukam innej drogi. Dziś nikt się nie kłania. Do wyjścia prowadzą mnie czyjeś dobre dłonie. Dłonie aktora, który widzi moje łzy. Tłum ludzi kłębi się w dziwnej przestrzeni odrealnionej za sprawą światła, dymu, dźwięku strojonych instrumentów. Jeszcze stoją w grupkach, ale za chwilę zacznie się pulsowanie. Jedni otoczą stoły-sceny, inni na nie wejdą. Jedni zostaną w centrum wydarzeń. Inni wybiorą odległą perspektywę schodów. Zrobi się gęsto od dźwięku, ruchu i spojrzeń. Kilkaset osób wędruje na kilkaset sposobów w zamkniętej przestrzeni, w jednym czasie. Zagarnia ich transowa muzyka. Prowadzą gesty mistrza ceremonii wywyższonego przez szczudła, wybuchającego diabolicznym śmiechem. Zatrzymują ich postacie poddane muzyce, popadające w szaleństwo tańca. Trzy z nich leniwie rozciągają swe ciała w niemożliwych do wytrzymania pozach, na ich twarzach maluje się znudzenie, rutyna pomieszana ze zdziwieniem. Trzy inne pobudzone namiętnym tchnieniem ocierają się o siebie niemal do krwi, patrzą niewidzącym wzrokiem, po ich ustach błąka się półuśmiech. Dwie następne to gonitwa i ucieczka: goni ciało i oczy, ciało i wzrok się wyrywa, wymyka, wycieka. Już ich nie ma. Na stołach-scenach pojawiają się następni. Tu zagarniają do siebie powietrze i wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich wzroku. Tam przecinają przestrzeń ostrymi gestami. Jest jeszcze jedna konwulsyjna, złamana. Jest jeszcze jeden: zapatrzony w siebie, usta rozchyla w samozachwycie i podaje swe ciało torturom kolejnych póz. Są piękni, niezwykli, przerażający i porażający. Muzyka płynie, rozpływa się. Wraca tonem nie znoszącym sprzeciwu, nie pozwalającym na wątpliwości. Przechodzi w bluźniercze litanie i jęki. Płynie. Wraca. Mistrz coś mówi. Czy należy mu wierzyć? Ktoś płacze. Ktoś szepcze. Widz czy aktor? Jest już tylko jedna scena-stół. Z lękliwą ciszą modlitewnego skupienia w pojedynczych smugach świateł, z paroksyzmem karnawałowych strojów. Ze ścian, z sufitu patrzą na nas nasze twarze. Czarne postacie suną z kadzidłem i srebrnym popiołem. Grupka ludzi przytulonych do siebie i wylęknionych na scenie-stole. Ukłony. Oklaski. Koniec. To spektakl? Wystawa, która ożyła? Techno party? Pokaz mody? Jarmarczne dziwowisko na rynku? Piekło? Wracam następnego dnia. Masz wybór: post lub karnawał. Post - na lewo, karnawał - na prawo. Karnawał walczy z postem. Rozpoczynam kolejną wędrówkę. Szukam innej drogi. Dziś nikt się nie kłania. Do wyjścia prowadzą mnie czyjeś dobre dłonie. Dłonie aktora, który widzi moje łzy. Ewa Obrębowska-Piasecka, Gazeta Wyborcza, 28 stycznia 2002, str. 6. Zobacz także |



Dofinansowano ze środków 