Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki

Piękne rozbójnice

Tradycyjnie raz do roku, zimową porą, gdańska szkoła baletowa wspólnie z operą zapraszają Polski Teatr Tańca - Balet Poznański, aby pokazał, co w tej sztuce ma nowego.

Tym razem dyrektor Ewa Wycichowska przywiozła roczne, a już legendarne "Tango z Lady M.". W miniony weekend można było pójść do opery i osobiście zweryfikować legendę. Prawdę mówiąc, "na Wycichowską" chodzi się w ciemno. To tak solidna firma artystyczna, że nie pozwoli sobie przenigdy zaprosić widza na coś poniżej swego poziomu. Poziom zaś trzyma światowy. Nie ma w tym stwierdzeniu miligrama wazeliny i jeśli ktoś nie chce tego przyznać, trując uszy Paryżami, Londynami, Niujorkami - jest snobem.

Od Adama i Ewy 
Po skończonym "śnie o miłości" (podtytuł spektaklu "Tango z Lady m."), po tancerzach pozostają na scenie jabłka. Za chwilę wypadają zza kulis następne i następne. Dużo. Jakby ktoś otrząsnął ogromną jabłoń. Jabłka - owoc smaczny i symboliczny, do tego dwoisty: bo jest w nim i miłość, i grzech. Wierność i zdrada. Pokusa. Archetyp. 
Wycichowska wprawdzie przestrzega przed dociekaniem "co autor miał na myśli", zachęca raczej do szukania "co się komu w duszy gra". Niemniej - podając imiona niektórych bohaterek ruchomych obrazów - pobudza wyobraźnię do szukania tropów nie tylko czysto estetycznych.
Punktem wyjścia jest tango - mówi Ewa W. - trzyminutowy romans, rozbudowany do prawie półtoragodzinnego teatru życia. O czym? O tym, co w tangu najważniejsze: kontakcie między mężczyzną i kobietą. Co się między nimi dzieje, gdy do tanga dobiera się trzecia osoba. I jak jest, gdy zamiast mężczyzny prowadzi w tangu kobieta? Do tego ambitna jak Lady Makbet albo zazdrosna jak Medea. Albo destrukcyjna jak taka jedna pani o inicjałach M.S. (nie ujawnię co to za pani, ale można zorientować się czytając gazety); chce nam przewodzić, sama nie będąc ani Lady, ani Makbet.

Lady Muerte 
Inaczej Pani Śmierć, jeszcze inaczej Ona, "ta trzecia", która wchodzi między kobietę i mężczyznę. Albo jeszcze inaczej: wcielenie Zła, mające do swej dyspozycji wiedźmy, złe duchy i czarne anioły. Wszystko to czyha na pojawienie się czegoś dobrego, jasnego, czystego, co może zrodzić się ze spotkania dwojga ludzi w miłości. Sen o miłości przeistacza się w obraz walki Zła z Dobrem. Lady Muerte - w Lady Malum.
"Prowokacją dla zła jest to, co piękne, dobre, prawdziwe - czytamy w rozważaniu prof. Józefa Tischnera. - Aby mógł pojawić się sens negatywny, musi wystąpić sens pozytywny. Konkretnie: zło, aby działać, musi odwołać się do jakiegoś dobra. (...) W kuszeniu zło przybrało maskę dobra".
Najbardziej zdumiewające w przedstawieniu (zwłaszcza dla powszednich gustów i mód, najbardziej feministycznych) jest obarczenie Kobiety prawie całym brzemieniem destrukcji. One to są pięknymi rozbójnicami; mężczyźni w tym tangu doprawdy nie trudnią się ani podbojem, ani rozbojem. Nie chcę powiedzieć, że Wycichowska dokonała aktu kastracji, ale coś w tym z tego jest. Macho bez... no, wiadomo czego.

Urodziwość 
Spójna, harmonijna całość przedstawienia decyduje o jego uwodzicielskiej urodziwości. A więc: materia prima czyli tango klasyka tego gatunku - Astora Piazzolli. Idealnie wkomponowane "rozszerzenie" Piazzolli przez Leszka Możdżera. Kostiumy Marii Balcerek. Animacje Adama Wyrwasa. No i fantastycznie sprawny, rozumny, a zarazem natchniony zespół tancerzy. Paulina Cysewska, Iwona Pasińska, Karina Adamczak, Tomasz Moskal, Piotr Chudzicki... A gdy Agata Zając, Lady Muerte, wchodzi na scenę - czuje się metafizyczne mrowienie na plecach.

Tadeusz Skutnik, Dziennik Bałtycki, 22 stycznia 2001.