Ewa Obrębowska-Piasecka, Gazeta WyborczaAntyspektakl Spektakl "... a ja tańczę" to właściwie antyspektakl. Widzowie siedzą w teatralnych krzesłach, ale na scenie widać także to, co zwykle pozostaje za kulisami, na sali prób, w drodze, w domu, w życiu, w środku... Trudno przeprowadzić precyzyjne granice. Między tymi przestrzeniami, bo wszystko rozgrywa się symultanicznie na kilkunastu realnych i mentalnych planach: pomiędzy orkiestrowym kanałem, specjalną podłogą do tańca i piachem rozsypanym na scenie. Dziwne? Wcale nie tak bardzo. Przecież podczas każdego teatralnego przedstawienia oglądamy na scenie aktora wcielającego się w sceniczną postać, ale niosącego też w sobie bagaż codzienności, zwyczajności, własnych wyborów, gustów, przyzwyczajeń, obciążeń i atutów. Aktor - ze swoją prywatnością-buduje sceniczną postać, ona wpływa na niego. Zaczyna się proces, który rzadko się obserwuje z zewnątrz. Jego świadkiem może być czasem reżyser - jeśli zechce. Wycichowska zechciała. Ba, na tej relacji - indywidualnej i zbiorowej - zbudowała niemal całe przedstawienie. Na scenie ożywają fragmenty spektakli sprzed lat - "Już się zmierzcha", ,,+ - skończoność", "Święto wiosny", "Transss...", "Skrzypek opętany"... Ale zdziwi się ten, kto je wcześniej widział. Te powroty do starych tytułów są bowiem nową przygodą, nową podróżą - sprawiającą widzowi ogromną estetyczną przyjemność. Raz tancerze i choreograf próbują rozegrać coś lepiej, pełniej, wznoszą się na wyżyny kunsztu i za chwilę spadają, żeby zaczynać wszystko od początku. Kiedy indziej dominuje dystans, autoironia, wręcz szyderstwo. Jest też miejsce na bunt, zmęczenie, wrogość. Są obrazy jak z krzywego zwierciadła. Znane historie opowiadają dziś o czymś zupełnie innym, wpisują się w nowy kontekst. I znaczą - przede wszystkim - same siebie. Bo nie taneczny popis, nie aktorska gra, nawet nie sceniczne postacie są tu najważniejsze (przeciwnie: za każdym razem bierze się je w cudzysłów, nawias, opatruje znakiem zapytania czy wykrzyknikiem). Naprawdę ważna jest sceniczna obecność. Najbardziej skupiają uwagę widzów ci, którzy nie tańczą, ale są: czekają, myślą, patrzą, trwają - niemal w bezruchu. Prawie każdy ma w tym spektaklu taki moment. Takie światło na siebie. Symbole losu tancerza to nie tylko przysłowiowe już pointy i paczka (sukienka klasycznych tancerek). To także wieczny casting zwany w tym zawodzie audycją: żeby się dostać do szkoły, do zespołu, do spektaklu, żeby uzyskać akceptację widza. To nieustanne doskonalenie fizycznej formy: praca z ciałem - mięśniami, stawami, ścięgnami, kośćmi. To wieczne ograniczenia: szkielety, klatki, kajdanki. Wszystkie te tematy, motywy, symbole pojawiają się na scenie - są przewodnią nicią wędrówki w poszukiwaniu spełnienia, miłości, prawdy, harmonii. Poszukiwaniu, które jest także udziałem widzów. Które łączy tych na scenie i tych siedzących w fotelach. Podziwiam odwagę, z jaką został zrobiony ten spektakl. Wycichowska rozłożyła własną twórczość na czynniki pierwsze (niczym Różewicz swoją "Kartotekę"), a tancerze zdobyli się na to, żeby popatrzeć sobie prosto w oczy w obecności widzów. Działa to wszystko mocniej w kontekście jubileuszu 30-lecia. Takie urodziny to powód do fety, koturnów, hołdów. Tymczasem Polski Teatr Tańca bierze głęboki oddech i skacze na głęboką wodę: nieznaną, wzburzoną i zimną. Gratulacje. Ewa Obrębowska-Piasecka, Gazeta Wyborcza (Poznań), 27.06.2003. Zobacz także |



Dofinansowano ze środków 