|
EkwadorDymiące olbrzymyPo wielu godzinach podróży, przesiadkach, międzylądowaniach, zmianie czasu oraz wielu mało strawnych posiłkach w samolocie, nasze zmęczone oczy zobaczyły nagle jakieś dziwne dla nas zjawisko. Nad chmurami wyłaniały się szczyty wulkanów, niektóre ośnieżone, niektóre dymiące, ale wszystkie dla nas tak egzotyczne i zaskakujące, że rzuciliśmy się do małych okienek z aparatami fotograficznymi. Myślę, że właśnie gdzieś tam pomiędzy chmurami a wzgórzami Andów docierało do nas powoli, że to naprawdę Ekwador, Ameryka Południowa, że to nie sen. Rozpaleni emocjami, wysoką temperaturą powietrza i gorącym powitaniem na lotnisku oglądaliśmy ledwie obudzone Quito z okien pędzących i trąbiących na każdym skrzyżowaniu busów wiozących nas do hotelu Hilton Colon, z którego po krótkiej acz zwycięskiej walce z eksplodującymi od zmian ciśnień kosmetykami, odświeżeni ruszyliśmy na podbój miasta. W sąsiadującym z hotelem parku El Ejido, w takt etnicznej muzyki oglądaliśmy rękodzieła Indian: korale, wisiorki, kapelusze i różnego rodzaju poncha czy swetry. Wszystko to mijaliśmy z obojętnością, na którą było nas jeszcze stać, póki nie dopadł nas szał kupowania upominków najbliższym, przyjaciołom i znajomym, szkoląc się całkiem nieźle w targowaniu. W tym samym czasie gdy my zwiedzaliśmy targowisko i pierwsze zabytki stolicy (a Pinezka z wielkim powodzeniem rozbawiał tłumy spędzające rodzinnie niedzielne popołudnie w parku) gdzieś na ulicach Quito przechodziła parada z uczestniczkami wyborów Miss World 2004. Wieczorem, zaproszeni na drinka do domu Tomka Morawskiego - Konsula honorowego Ekwadoru i naszego opiekuna podczas całego pobytu - mieliśmy okazję uczyć się salsy od rodowitego Ekwadorczyka o imieniu Rommel (który studiował... w Olsztynie), a niektórzy rozochoceni tańcem i rumem wybrali się jeszcze na nocną wycieczkę po Quito, by zachwycać się niesamowicie podświetlonym kościołem San Francisco (wybudowanym w miejscu zburzonej indiańskiej świątyni), ozdobioną tradycyjnymi ornamentami bramą Kościoła La Campaňia de Jesús, by zakończyć ten pełen wrażeń dzień wciągnięci do tańca na wzgórzu El Panecillo pod ogromną rzeźbą Dziewicy Marii. Aklimatyzacja w ruchuDrugiego dnia pobytu w strugach niewiarygodnej ulewy wyruszyliśmy na plażę Same by przed trudami spektakli, wypocząć w domach konsula i jego brata. Na miejsce dotarliśmy zmęczeni zmianą ciśnienia (Quito leży na wysokości 2850 m n.p.m.), migającymi zbyt szybko za oknami pięknymi widokami zielonych wzgórz i przepaści, oraz poddenerwowani poważną stłuczką jednego z busów. Nie bawiły więc nas uciekające spod nóg zastępy maleńkich krabów na plaży i biegające po pokojach małe iguany. Kiedy jednak rankiem ukojeni szumem fal spacerowaliśmy brzegiem, obserwując miejscowych rybaków, przelatujące albatrosy i pelikany oraz pobliskie oblepione kokosami palmy, zdawało nam się, że moglibyśmy tam zamieszkać. Kolejne dni upływały nam na kąpielach w Pacyfiku, ściganiu się na falach do brzegu, odkrywaniu nowych smaków owoców, próbach do spektakli, walce z moskitami, grze w piłkę, eksperymentowaniu z owocami morza i egzotycznymi dla nas gatunkami ryb, zbieraniu muszli, przypiekając się przy tym na (bu)raczkowo nawet w pochmurne dni. W Dzień Matki wpadliśmy na chwilę do miejscowości Atakames, by telefonicznie poinformować najbliższych, że jesteśmy cali, zdrowi, zachwyceni. Rzeki pełne niespodzianekNa wypadek gdyby komuś znudziły się uroki plaży w Same, konsul zabrał nas na kolejną plażę w Mompiche, do bungalowów rozsianych pomiędzy palmami, barwnymi krotonami, wielkimi hibiskusami i fikusami beniamina wielkości naszych dębów.Już dojazd dostarczył nam niezapomnianych wrażeń, ponieważ jedyną drogę dojazdową stanowi tam... plaża i to tylko w odpowiednich godzinach ze względu na przypływy i odpływy. Jednak na tym nie koniec atrakcji, ponieważ dwie ośmioosobowe grupki szczęśliwców mogły również zakosztować przejażdżki łodzią po roztańczonym morzu, płynąc do ujścia rzeki, na której mogli nauczyć się surfować. Z dodatkowych i niespodziewanych atrakcji wymienię fakt, że z powodu kończącego się paliwa musieliśmy przypłynąć do miasteczka w głębi lądu, potem na chwilkę przybić do wioski kawałek dalej oraz to, że w drodze powrotnej zalane świece na powrót przywiodły nas do miasteczka. Dzień pełen przygód. Jedyną rysę mogły stanowić szokująco biedne chatynki w wiosce, jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mieszkańcy są zapewne dużo szczęśliwsi od przeciętnego śpieszącego się gdzieś bez końca w oparach spalin mieszkańca dużego miasta.
Zabytki czy wodospad?Sukces oraz kończący się już pobyt sprawiły, że znalazły się siły, by po spektaklu uczcić jeszcze całość wyjazdu, tańcząc salsę, a po zamknięciu salsoteki, bawiąc się w dyskotece do białego rana. Ostatni dzień pobytu można było spędzić pozostając w Quito, w towarzystwie ogromnego wulkanicznego giganta Guagua Pichincha (4794 m n.p.m.) górującego nad stolicą, wybierając zwiedzanie miasta, które UNESCO uznało w roku 1978 za światowe dziedzictwo kulturowe. Można też było wybrać się na wycieczkę, która obejmowała przejazd nad krater wulkanu Cotocachi, leżący w rezerwacie przyrodniczym, krótki rejs po powstałym w kraterze jeziorze Cuicocha, przejazd nad piękny wodospad, którego siła uderzenia wyrzucała w powietrze drobinki wody tworzące w słońcu piękną miniaturową tęczę. Następnie grupa wycieczkowa udała się się do Otavalo na najważniejszy w kraju targ słynący z rękodzieła. Na placu El Centenario zgromadzono ceramikę, wyroby ze srebra, instrumenty ludowe i wiele typowej regionalnej odzieży wykonanej np. z wełny alpaki. Tu kończył się jednak ten kolejny pełen wrażeń dzień i w czasie, gdy zachodzące słońce goniło czerwienią autobus, pędzący krętymi drogami okalającymi szczyt Imbabura, grupa pozostająca w Quito mogła ze wzgórza El Panecillo podziwiać pojawiające się o zmroku niczym gwiazdy setki światełek ogromnej stolicy Ekwadoru. Gorączki przygotowańNastępnego dnia wcześnie rano wszyscy poza trzema osobami polecieli do Meksyku (już wkrótce relacja), by po czterech dniach późnym wieczorem pojawić się z powrotem i biegiem przygotowywać się do porannego reklamowego nagrania w studiu telewizyjnym. (Podczas naszego pobytu w Guadalajarze zorganizowano też konferencję prasową oraz nagrano piękny spot reklamowy z roztańczoną Anią prezentowany potem co godzinę w jednym z największych miejscowych kanałów telewizyjnych.) Po powrocie - z powodu licznych startów i lądowań - pojawiły się wśród tancerzy pierwsze kłopoty z tlenem, a wydłużające się próby do spektakli dawały się wszystkim silnie we znaki. Były też miłe akcenty, jak śpiewające nam w keczua indianki, które zabrały się z nami busem kawałek drogi, a wieczorem niezmordowany Tomek Morawski zabrał nas do uroczej salsoteki Bodegita de Cuba z muzyką na żywo. Spektakle z nerwem4 czerwca przy pomocy przyjacielskiej i niezwykle pomocnej techniki z Teatro Sucre, z butlami tlenowymi w kulisach i po podniesieniu sobie ciśnienia herbatami z liści koki, Polski Teatr Tańca zaprezentował spektakl “Tango z Lady M”. Z loży głównej obejrzał go Burmistrz Miasta Quito (w przerwie zatańczył również fragmencik tanga z Dyrektor Ewą Wycichowską), dość licznie przybyła też Polonia, a wszyscy owacyjnie przyjęli “Tango”. Z drugiej strony sceny, za kulisami, było jednak wtedy dość dramatycznie po nagłym i poważnym zasłabnięciu jednego z tancerzy. Wezwani lekarze uznali, że przyczyną było niedotlenienie organizmu, na co złożył się ogromny wysiłek i wysokość. Okazało się więc, że praca tancerza może być nie tylko niezwykle wymagająca, ale i niebezpieczna. Wieczorem i następnego dnia tym większą więc uwagę zwracali wszyscy na to, by dobrze wypocząć. Nie było to proste przy organizacji i przygotowaniu nagłego zastępstwa oraz pewnych zmianach ze względu na nieco inną scenografię (nie została przywieziona oryginalna z Poznania - tylko była budowana na miejscu, a zamiast specjalnego piasku kwarcowego przywieziono miejscowy piasek wulkaniczny). Wszystko jednak przebiegło wyśmienicie i spektakl “...a ja tańczę” ogromnie się spodobał mieszkańcom Quito, czemu dali wyraz kilkuminutową owacją na stojąco. Spaghetti górskich drógDni mijały. Zbliżał się czas pracy, spektakli, tańca. Tancerze coraz intensywniej ćwiczyli na niemalże bezludnej plaży rozleniwione słońcem mięśnie. Po powrocie z Mompiche do Same pozostało nam niewiele czasu na ostatnie spacery, kąpiele i sesje fotograficzne z palmami, krabami i zaprzyjaźnionymi już psami. Następnego ranka wyruszyliśmy bowiem w drogę powrotną do Quito, z małym przystankiem w Esmeraldas, gdzie przydrożne barwne targowisko przyprawiało o zawrót głowy różnorodnością owoców. Dzięki niezwykłej otwartości i ogromnej życzliwości naszych kierowców już poza planem “zahaczyliśmy” również o taras widokowy na krawędzi krateru wulkanu, który jednak przykrył swoje uroki kołderką mgieł oraz o Ciudad Mitad El Mundo - środek świata, gdzie spacerowaliśmy wzdłuż linii równika, depcząc zachłannie obie półkule Ziemi jednocześnie. Zapamiętać!Pakowanie bagaży, kostiumów, ostatnie delektowanie się pysznymi owocami i podpisywanie się na pamiątkowym plakacie dla konsula wypełniły nam ostatnie godziny w Ekwadorze, a wcześnie rano z lotniska Mariscal Sucre startowaliśmy już, by po krótkim międzylądowaniu na Antylach Holenderskich w Bonaire znaleźć się w drodze do Francji (już wkrótce relacja) lub do Polski. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że nie zatrze nam się w pamięci ani to, że śniadanie w Mompiche musieliśmy jeść grupkami, bo w "restauracji" nie byli przygotowani na "tak liczną grupę" i posiadali jedynie... osiem talerzy, ani to, że podczas śniadania w hotelowej restauracji w centrum Quito, maleńki koliber spijał nektar z egzotycznych, czerwonych kwiatów z krzewu zza okna, ani tak wiele, wiele innych, niezrównanych i emocjonujących chwil. Wyjazd zorganizowany z okazji “Iberoamerykańskiej Stolicy Kultury 2004” na zaproszenie Rady Miasta Quito, pod patronatem Konsula Honorowego RP w Quito Pana Tomasa Morawskiego, przy współpracy Pani Minister Jolanty Szymanek - Deresz z Kancelarii Prezydenta RP oraz Ministerstwa Kultury. |















Dofinansowano ze środków 
