Relacja z pobytu w Stanach Zjednoczonych

16 grudnia czwórka tancerzy wyleciała z warszawskiego Okęcia do Stanów Zjednoczonych, na wspólny koncert Polskiego Teatru Tańca i Chóru Akademickiego Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Niespodziewanie, w wyniku niefortunnych zbiegów okoliczności, niekompetencji i nieudolności organizatorów i zwykłego ludzkiego pecha, wyjazd zamienił się w pasmo komplikacji. A jednak wbrew kataklizmom i złym mocom, PTT wystąpił na amerykańskiej scenie i odniósł sukces. A co najistotniejsze w czterech tanecznych umysłach zrodziły się miliony bezcennych myśli i niepowtarzalnych wspomnień. Poniższy tekst to ich mikroskopijny wycinek...

Własne Waterloo

fot, Andrzej Adamczak

Mówią, że wyglądamy jak ABBA - damsko-męski kwartet z lustrzaną osią symetrii między blondem a brązem, z tą tylko różnica, że my śpiewamy nie głosem, a ciałami...
Nasze Waterloo zaczyna się ze wtorek. W pochmurny, zasypany śniegiem, zimny wtorek, kiedy to gęsta szarość europejskiego nieba przykleja się do skóry i tamuje ruchy. W ten wtorek przygodni podróżni na wiedeńskim lotnisku zgodnie połączą siły w poszukiwaniu miniaturowej palarni do złudzenia przypominającej pudełko od zapałek - skrupulatnie wydzielonego azylu, gdzie bez przeszkód ukoją nerwy dwiema minutami milczącej przyjemności w towarzystwie czerwonego Marlboro ze strefy bezcłowej. Niebywała integracja jak na początek tygodnia..


fot. Andrzej Adamczak

W ten wtorek czas płynie wolno odmierzany kolejnymi porcjami "samolotowych" posiłków - gumowym kurczakiem z plastikowych pojemników, bezpiecznymi sztućcami i pojedynczo zapakowaną samotną wykałaczką. Ślamazarnie mijające sekundy nie staną jednak na drodze podgrzewanej chusteczce odświeżającej o zapachu rumianku, która niczym boski wehikuł turystycznej fantasmagorii, bezlitośnie cofnie wskazówki, o kolejne sześć godzin wydłużając puste popołudnie – wciąż znajome i wygodne, ale już nie polskie a zupełnie nowe – w biało-czerwone pasy i połyskujące gwiazdki. Niezbadane popołudnie mostów niczym zapałki zawieszonych nad pofałdowana szarością wody i kłębiących się nieskończenie nitek autostrad. Popołudnie znanej z plakatów i zdjęć na bombonierkach linii wieżowców brutalnie wrzynających się w pomarańcz amerykańskiego nieba. Pierwsze popołudnie na Manhattanie.

Nowy Jork w tydzień

fot. Andrzej Adamczak

Widzieliśmy wszystko, co szanujący się turysta zobaczyć powinien – groteskowo baczny wzrok, którym Statua Wolności nieubłaganie omiata śpieszących się do pracy Amerykanów i nieskalane troską twarze łyżwiarzy pod Rockefeller Center - beztroski ich sklonowanych uśmiechów nie śmie zakłócić nawet ślad zadyszki. Przed oczami wyrósł nam największy w stanach sklep z zabawkami – gigant ze stali i szkła w samym centrum Times Square, potwór wypełniony powietrzem lepkim od toksycznych oparów wanilii i czekolady, a za wielkimi taflami okien Broadway w całej swej teatralnej okazałości , z setką samochodów na sekundę i międzynarodowym gwarem. To Wieża Babel wschodniego wybrzeża, gdzie smród kanałów miesza się z zapachem opiekanych w cukrze orzechów i chińszczyzny. I wreszcie Ground Zero – ponure cmentarzysko pośrodku parującego, wielobarwnego tygla, a za ogrodzeniem z drucianej siatki tłum gapiów z aparatami tajwańskiej produkcji...

fot. Andrzej Adamczak

Jak na turystę przystało posłusznie odnaleźliśmy widoki z kieszonkowych przewodników Pascala i kolorowych pocztówek. A jednak dopiero na odwrocie lśniącej widokówki ukazał nam się kadr z prawdziwego życia miasta – diametralnie różne światy oddzielone od siebie idealnie prostopadłymi ulicami. W miejsce białej przestrzeni na "serdeczne pozdrowienia z..." czarna nieokiełznana wyspa Queens - nasz adoptowany dom z jego czarnymi ulicami, czarnymi kałużami i czarnymi zdezelowanymi Chevroletami bez tylnej szyby. I nasze nagle groteskowo białe europejskie twarze...
Po przeciwnej stronie z kolei, miast szarych linii na adres, karykaturalnie polski Green Point - polskie kwiaciarnie, magiel, salony fryzjerskie. Polski sklep na rogu z polskim masłem w lodówkach i polską blond sprzedawczynią za ladą. A wszystko zapakowane w amerykański papier i przewiązane lśniącą amerykańską wstążeczką...
I wreszcie Chinatown, Małe Włochy, Harlem, rozrzucone bezładnie tam, gdzie nikt nie przyklei już znaczka.
Amfiteatr dla ptaków, nowe boże igrzysko pocięte siatką huczącego, zardzewiałego metra. Nowy Jork w pełnej krasie.

Chicago w niedzielę

fot. Andrzej Adamczak

Oaza polskości ze stołami przykrytymi ceratą. Szybki żurek, flaki i jedna porcja pierogów przy wtórze amerykańskich kolęd. W nadzielę nie ma już czasu na zwiedzanie - jedynie fasady budynków i sklepowe wystawy z okien i bagażnika samochodu. I teatr – nierzeczywisty, fantasmagoryczny, niejednoznaczny teatr – Copernicus Center. Płacz instrumentów walczy z tłustym zapachem prażonej kukurydzy - lepki, maślany odór osiada na skórze, drażni oczy, gorącym kurzem łaskocze płuca, a krzyki smyczków kłują skórę. Nie czas jednak ustępować miejsca roztańczonej anatomii, gasną światła spychamy niepewność w kąt świadomości i ostatni raz wstrzymujemy oddech. W niedziele usłyszeliśmy upragnione oklaski.


fot. Andrzej Adamczak

Zaczęło się we wtorek a skończyło w niedzielę - ostatni wspólny wieczór, dwa kieliszki wina i wybiegamy już myślą do karpia i choinki. W niedzielę czas wracać do domu. Odrodzona na ułamek sekundy ABBA znów pokornie odchodzi w niepamięć, za ich plecami tylko echo Waterloo – stara gwardia umiera, ale się nie poddaje...

tekst: Barbara Czajkowska