|
Relacja z pobytu w Indiach22 listopada
Spaliśmy raczej krótko. Rozpoczynanie dnia o 8.00 tutejszego czasu to dla naszych organizmów, funkcjonujących jeszcze według europejskich reguł, dość silne przeżycie. Poranna toaleta także nie należy do najłatwiejszych. Nasze głowy pełne są jeszcze ostrzeżeń przed piciem nie przegotowanej wody, jedzeniem owoców i wszystkiego co surowe. W związku z tym zaspany rozum należy zmusić do rezygnacji z odruchów przy myciu zębów i udać się po wodę mineralną do płukania jamy ustnej. Po śniadaniu wyruszamy zwiedzać Delhi. Specyficzne to zwiedzanie. Jak dowiedziałam się w punkcie wymiany walut w hotelu chcąc wymienić na rupie tylko pięć dolarów z dziesięciodolarowego banknotu: "Indie to demokratyczny kraj, tu wszystko jest możliwe i każdy może robić co chce". Tak też "demokratycznie" wyglądało nasze zwiedzanie. Zaczęliśmy od jednej z hinduistycznych urokliwych świątyni. Potem objazd szerokimi ulicami po pełnym zieleni New Delhi wzniesionym za czasów Imperium Brytyjskiego - tu znajduje się pałac prezydenta, ambasady i India Gate. Do kolejnych punktów programu nie dojechaliśmy, ponieważ kierowca najwyraźniej miał inne plany. Mimo wcześniejszych ustaleń z Ambasadą RP w Delhi i obecnością ich przedstawiciela w autokarze, okazało się, że do większości miejsc nagle nie możemy dojechać, choć jeszcze dzień wcześniej nie było o tym mowy. Wieczorem uczestniczymy w uroczystym otwarciu Tygodnia Kultury Europejskiej, w ramach którego gościmy w Indiach. 23 listopadaDzisiejszy dzień upłynął pod znakiem przygotowań do spektaklu. Polski Teatr Tańca po raz pierwszy w swojej 30-letniej karierze występuje przed indyjską publicznością. Debiut ten wywołuje dreszczyk emocji. Za kulisami zastanawiamy się jak odebrany zostanie tutaj spektakl "Tango z Lady M", który dość mocno zakorzeniony jest w kulturze europejskiej. Czy Lady Makbet, Medea, Jazon, Adam i Ewa zostaną rozpoznani, czy okaże się, że to nie ma znaczenia przy interpretacji spektaklu? Z chwilą, gdy przedstawienie dobiega końca owacje i bardzo gorące przyjęcie mile wszystkich zaskakuje. Po spektaklu Pan Ambasador Krzysztof Majka z małżonką zapraszają nas na uroczystą kolację. Dyrektor Ewa Wycichowska i zespół przyjmują gratulacje i podziękowania za doznania, za profesjonalizm, za wzruszenia. W trakcie rozmów szybko okazuje się, że obawy o przyjęcie "Tanga..." przez publiczność były nieuzasadnione. Dowiadujemy się, że siłą spektaklu są emocje jakie wywołuje. Obecne w nim uczucia miłości, zazdrości, nienawiści są bowiem wspólne dla wszystkich kultur, a "Tango..." emanuje nimi w ogromnym stopniu. Specjały indyjskiej kuchni stanowiły już tylko przyjemne tło dla serdeczności i ciepła z jakimi zostaliśmy ugoszczeni. 24 listopadaJuż z okien autokaru oglądamy świt w Indiach. Jesteśmy w drodze do Agry, Taj Mahal i Fatehpur Sikri. W biegu i głównie przez szybę, ale mamy niepowtarzalną możliwość ujrzeć trochę "prawdziwych" Indii. Agra wita nas (podobnie jak Delhi) olbrzymim ruchem, pomiędzy samochodami kluczą riksze i piesi, na betonowych podwyższeniach oddzielających kierunki ruchu leżą "święte" krowy, na których warkot silników i nieustanne trąbienie nie robi najmniejszego wrażenia. Ubiory przechodniów, stragany przy drogach, ciężarówki obwieszone światełkami i pomalowane w kwiatki, wszystko to dodaje koloru i ożywia piaskowo-szarą, ubogą zabudowę. Na parkingu oddalonym od samego Taj Mahal wysiadamy z autokaru i natychmiast otacza nas grupa handlarzy próbująca sprzedać nam najróżniejsze przedmioty. Odmawianie nie należy tu do rzeczy prostych... Cena biletu wstępu do Taj Mahal po raz kolejny przypomina nam, że jesteśmy tu obcy i nie ma mowy o wtopieniu się w tłum. Mieszkańcy Indii płacą za niego 20 rupii, turyści 750. Odchodzę z wrażeniem, że widziałam największą na świecie koronkę z kamienia wykonaną z iście jubilerską precyzją. Wizyta w Fatehpur Sikri pozostawia podobne odczucia, nie mniej jednak już nie na taką skalę. To ufortyfikowane miasto-widmo, wykonane z czerwonego piaskowca, w latach swej świetności stanowiło centrum administracyjne i kulturalne całego królestwa. Teraz "błądzimy" po pustych dziedzińcach wyobrażając sobie życie tutaj 400 lat temu. 25 listopadaJedziemy do Chandigaru na północ Indii, tu jest już zdecydowanie chłodniej. Podczas przygotowań do spektaklu nasze garderoby bez skrępowania przeszukują uzbrojeni mężczyźni z psem i wykrywaczem metali. Dopiero później dowiadujemy się, że dziś w mieście miały miejsce zamieszki, a na nasz spektakl został zaproszony gubernator stanu. Stąd też działania, których byliśmy świadkami, mające na celu zapewnić bezpieczeństwo zarówno gubernatorowi jak i nam. Spektakl ponownie został przyjęty z uznaniem, choć publiczność nie była już tak liczna ze względu na sytuację panującą w mieście. 26 listopadaWracamy do Delhi. Wieczór spędzamy na spektaklu kathakali. Sadzę, że odbieramy go na podobnych zasadach jak tutejsza publiczność "Tango z Lady M". Podziwiamy nieprawdopodobny kunszt i precyzję ruchu, nie rozpoznajemy opowiadanej gestami historii, ale wyodrębniamy emocje i na ich podstawie budujemy nasze indywidualne całości. Po raz kolejny Indie dostarczyły nam niezapomnianych wrażeń. 27 listopadaLecimy do Mumbaju. Wychodząc z samolotu czujemy, że oblepia nas gęste, gorące, wilgotne powietrze. Po zakwaterowaniu w hotelu idziemy na spacer nad zatokę. Jest północ, ruch na ulicy niezmiennie intensywny, powietrze bez zmian. Mam wrażenie, że swobodnie oddychać można jedynie w klimatyzowanym hotelu, niestety także ze względu na woń unoszącą się nad Mumbajem. Znów oblegają nas handlarze, mamy "okazję" napić się kawy lub herbaty dystrybuowanej z roweru, widok maleńkich żebrzących dzieci pozostaje na zawsze w pamięci. 28 listopada
Po śniadaniu mamy chwilkę wolnego czasu, żeby spróbować zobaczyć choć fragment miasta. Zaraz potem zaczynamy przygotowania do ostatniego prezentowanego tu spektaklu. Publiczność z południa Indii także gorąco przyjmuje "Tango...", zespół Polskiego Teatru Tańca żegnają owacje na stojąco. Niestety na cieszenie się tą chwilą nie ma już czasu, mamy godzinę, żeby spakować kostiumy, przejechać z teatru do hotelu, wziąć prysznic, znów się spakować i opuścić hotel. Chyba sami nie wierzyliśmy, że zdążymy, ale udało się całemu zespołowi wykonać to wszystko w rekordowym czasie. Spokojnie już udaliśmy się na kolację i stamtąd na lotnisko. To zapis maleńkiego fragmentu z ogromnej całości pełnej przeżyć, obserwacji i zdarzeń z "moich" Indii. Jestem przekonana, że Indie wszystkich pozostałych członków zespołu Polskiego Teatru Tańca różnią się od siebie, ponieważ dostarczają takiej ilości wrażeń, że dla jednej osoby jest to nie do ogarnięcia. Karolina Dolata |













Dofinansowano ze środków 