Polski Teatr Tańca w Szwecji, Sztokholm, 19 - 24 października 2004

Miasto półmroków

fot. Iwona Pasińska

Otulony półmrokiem przez większą część roku Sztokholm przywitaliśmy we wtorek. Z granatowych rozlewisk słodkiej wody Mälaren i słonego Bałtyku wyzierało ku nam tysiące wysp, wysepek, skał, skałek, tworzących archipelag sztokholmski. Podobno jest ich 24 000. Sztokholm oznacza wyspę na palach, co sugeruje, że niemała część z tych wypustek ziemi, to sztucznie utworzony ląd. Pierwszy zapis nazwy miasta w dzisiejszym brzmieniu datowany jest na rok 1252. O rok więc jest starsza od stolicy Wielkopolski, zachłystująca swoim niepokojącym, mrocznym pięknem, stolica Szwecji. Dzień tutaj, nim zdąży się rozpocząć, już się kończy. Rytm coraz dłuższych nocy narzuca nie tylko tempo życia, ale i styl. Zmory powinny władać, ale to był sienkiewiczowski stereotyp Szweda najeźdźcy. Potomkowie wikingów już dawno wymazali z podręczników do historii okres Potopu. Dzisiejszy Szwed łagodny, opanowany, lubiący siebie i innych, a zwłaszcza "innych" to efekt XX wiecznej autokreacji. Społeczeństwo, w którym od prawie 200 lat nie było traumy wojennej, wypracowało wzorcowy model obywatela, chodzącego od poniedziałku do piątku potulnie do pracy, dbającego o nią, o siebie, innych i "innych", skrupulatnie przestrzegającego prawa. Jednak chroniczny brak słońca zradza melancholię a wręcz depresję. Szwedzi często korzystają z naświetlań lampami imitującymi światło słoneczne. Jeszcze częściej sięgają po prozac. Najczęściej jednak po alkohol. W piątkowy wieczór mroczne myśli Szweda przechodzą na trzy dni pod bachusowe władanie. Wyzwalanie się z melancholii, ciemności i lęków ogarnia całe miasto. Nocą rządzą tolerancja, ale nie wyuzdanie. Bawią się wszyscy i piją wszyscy. Rytm narzuca królowa Noc i tęsknota za królem Dniem. W weekendy Szwedzi uczą się spontaniczności i zapomnianych reakcji. Czy my Słowianie z dziada, pradziada wpiszemy się ze swymi temperamentami w szwedzkie rozumienie tańca?

Dansens Hus

Muzeum Narodowe, fot. Iwona Pasińska

Rozpoczęliśmy iście po polsku, z rozmachem, bo ledwo wysiedliśmy z samolotu a już zaczęliśmy próbę, i z fantazją, ponieważ próba była w szwedzkim sercu tańca - na scenie w Dansens Hus w Szokholmie. Założony w 1991 roku, według wzorca najbardziej znanego francuskiego Maison de la Danse w Lyonie, spełnia podobną funkcję, co jego starszy o 11 lat brat. Zaprasza na swą scenę, no cóż nieskromni my nieskromni, najlepszych. Tu grał we wrześniu Nederlands Dans Theater III Tulips (Z Niklasem Ekiem i Aną Laguną w rolach głównych), tu w listopadzie zawita Göteborgs Operans Balett (w wieczorze choreografia Jirí Kyliána) i tu będzie miał swoją premierę Cullbergbaletten Home and home (chor. Johan Inger) i Fluke (Mats Ek), wreszcie to tu ma zagrać 21, 22, 23 października choreografie Virpi Pahkinen Ciszę drżących dłoni i Zefirum - Polski Teatr Tańca.

Virpi Pahkinen

Z Virpi po raz pierwszy spotkaliśmy się w 2002 roku. Pamiętam zaplątaną w supełek, drobniutką osóbkę, pełną uśmiechu i nieziemskiej energii. Jej próby dla wszystkich były stresujące. Virpi zawsze się śmiała. Początek był trudny, narażeni na jej nieskrępowane chichoty, próbowaliśmy sprostać jej drakońskim wymaganiom. A im bardziej wydawało nam się, że jesteśmy bliżej celu, tym intensywniej i częściej Virpi wybuchała gwałtowną wesołością. Dopiero na scenie odkryliśmy, co znaczyła ta eksplozja radości. W ten oryginalny sposób Virpi wyrażała swój zachwyt do tego co robiliśmy. Wiedzieliśmy już kiedy Virpi jest zadowolona. Wprawdzie pierwsza próba na scenie w Dansens Hus była dla świateł, to już czekaliśmy, nie na pochwały, ale śmiech. I stał się wreszcie. I zadrżało gmaszysko, i już pewni, że dobrze, a nic, że zmęczeni prosto z podróży, pracowaliśmy ponad normę, wierząc, że podbijemy Sztokholm.

Miasto w świetle dziennym

Opera Królewska, fot. Iwona Pasińska

Oczywiście, że jest pięknie, czysto i proekologicznie (Ikea, śledzie i łosoś łowiony w centrum miasta). Lekko snobistycznie i historycznie. Prostota, uniwersalność i uniformizm dominują (czytaj jedynują) w świadomości i zewnętrzności od ubioru (córka obecnie panującego króla Karola XVI Gustawa chodzi w adidasach) po architekturę. Choć w tej ostatniej widać renesans, delikatne muśnięcia barokowych zdobników, to panuje raczej klasycystyczna forma z królewskim zacięciem i funkcjonalizm z modernistycznym podłożem. Oczywiście trzeba było pobiegać między wyspami by nacieszyć oczy Katedrą (z 1279 roku), Pałacem Królewskim (zbudowanym w 1748), barokowo-rokokowym Pałacem Drottningholm (zamek, teatr, chiński pawilon i ogrody, czyli XVIII wieczna szwedzka inspiracja Wersalem). Naturalnie wpaść do muzeum Nobla, Strindberga, który w historii teatru europejskiego zajątrzył swymi nowymi formami dramatów i inscenizacjami. A na wyspach multum muzeów: Historii, Narodowe, Starożytne, Nauki i Techniki, Królewskie, Wazów, Lalek i Marionetek, Sztuki Współczesnej, Użytkowej, Biologii, Etnografii, Wina itd. itp.. Do wyboru, zainteresowań i odległości. Szybko zorientowaliśmy się w tej ogromnej mapie, że do jednego trzeba bardzo koniecznie i bardzo prędko. Muzeum Tańca - pierwszy raz byłam w takim muzeum. Mieści się na dwóch poziomach. Na parterze jest stała ekspozycja, na poziomie -1 wystawy okresowe, niekiedy bezpośrednio niezwiązane z tematyką tańca, ale z zawsze z szerokim pojęciem ciała. Mieliśmy ogromne szczęście, otarliśmy się optycznie o najbardziej kontrowersyjną szwedzką artystkę Elisabeth Ohlson Wallin. Jej wystawa spiorunowała mnie. Tytuł South Africa Via Dolorosa wskazywał na obszar katastrofy skrzyżowanej dosłownie: aids i Afryka. Autorka powiesiła na ścianach galerii wszystkie stacje Drogi Krzyżowej. Przy każdej umieściła socjologiczny komentarz, przefiltrowany przez tekst Biblii a uwzględniający tragedię Południa i kobiety Południa. Całość tekstu domykało ogromne zdjęcie. Ze stacji na stację, coraz smutniejsze i okrutniejsze, nie przez swoją zawartość, ale przez swą wymowę. Nie mogliśmy się pozbierać, zawarci w ambiwalencji zachwytu i totalnego przerażenia, nie chcieliśmy tego dnia oglądać nic więcej. Dziękowaliśmy sobie, że rozpoczęliśmy zwiedzanie od stałej ekspozycji. Tam oryginalne kostiumy z najsłyniejszych baletów. Polecam ze Święta wiosny (Wacława Niżyńskiego) ciężki, sztywny, chyba filcowy, zupełnie nie wiem jak w tym można było tańczyć. Do wyboru kilka telewizorów z archiwalnymi nagraniami baletów. Jeden projektor tematyczny, czyli największe wykonawczynie np. Giselle, plus mała sala kinowa, w której oczywiście oryginalna wersja Święta wiosny Niżyńskiego.

Spektakle

Stare Miasto, fot. Iwona Pasińska

Mieszkaliśmy w hotelu obok Dansens Hus. Każdy z nas miał swoją kartę otwierającą wszystkie drzwi w tym Domu Tańca. Mogliśmy więc wchodzić i ćwiczyć o każdej porze. Sale były nasze, scena była nasza, garderoby były nasze. Tuż przed próbą generalną okazało się, że i charakteryzatorki są nasze. Naprawdę przyjmowali nas z honorami. Każdy z nas miał swoją panią od makijażu i fryzjerkę, takiej dawki gwiazdorstwa jeszcze nigdy nie dostaliśmy. Wiedzieliśmy, że publiczność kocha taniec, bo po to ten Dom Tańca powstał. Zagrać w nim obok najlepszych tego świata, to zaszczyt. Ale... No cóż zawsze jest w nas strach przed nową widownią. Może nie takiego repertuaru oczekują, a może nie takiego wykonania...Jak tańczyć dla tych, których narodowym symbolem jest potrójna korona, o której Kopaliński pisze, że jest znakiem mistycznej władzy nad trzema światami: duchowym, psychicznym i fizycznym. Kurtyna się podniosła, wyłaniamy się z ciemności i mgły, by w matematycznym półmroku (światła reżyserował niespotykanej w Polsce klasy specjalista - Jens Stehzmann) odegrać swe role. To państwo Swedenborga, więc skupieni do maksimum, w ciszy Ciszy odprawiamy nasz spektakl. Pierwsza część za nami, czujemy, że wdarliśmy się w świat Północy. Wreszcie druga część za nami - czujemy, że (nieskromni my nieskromni) zawładnęliśmy tym światem. Fala braw i tupotu nóg, wyrokowała jedno ta chłodna, wyzuta ze spontanizmu, ale wyedukowana publiczność, oddała się naszej iluzji. A widownia codziennie wypełniona po brzegi, codziennie coraz wylewniejsza. Oj kocha nas, oj kocha. Chichocząca Virpi, uśmiechnięta szefowa i zafrasowany dyrektor Dansens Hus Kenneth Kvarnström to obrazek wywołany pierwszego wieczoru, a utrwalany przez kolejne trzy. Dyrektor nie zmartwiony, lecz zafrapowany, bo widownia pytała na publicznym forum, kiedy znów przyjedzie Polski Teatr Tańca. Bo oni chcą jeszcze i jeszcze. Więc...

Marzeń, ciąg dalszy

Rozbestwiłam się okropnie. Ostanie marzyłam, aby PTT zagrał w Domu Tańca i zagraliśmy. Wprawdzie nie w Lyonie a w Sztokholmie, to jednak uznaję, że marzeniożyczenie spełniło się. Tak na koniec więc, rzucam losowi i urzędom kolejne wyzwanie: bezczelnie życzę sobie, aby PTT miało swój Dom Tańca w Poznaniu.

Iwona Pasińska