|
Polski Teatr w Szwecji, Umea listpoad/grudzień 2005MiastoWspominanie z dystansu ma swoje zalety i wady. Umea przydarzyła się nam wszystkim na styku zmierzchu i zimy. Otulona białym śniegiem i chwilami złotych promieni dnia, w całej swej reszcie jawiła się jak królestwo nocy, z którego już niedaleko do Laponii, do Mikołaja. Przypominam sobie świąteczny nastrój wydzierający się z witryn, okien domków, ciepłych świateł świec i pochodni zapalonych na przekór zmrokom przed wejściem do każdego budynku. Ulice zdobiły lampiony, kolorowe ozdoby choinkowe i zrobione z choinek reniferki. Zaprawdę było baśniowo. Przed teatrem stała kamienna podgrzewana ławka, na której mimo mrozu miło było przycupnąć, by rozkoszować się urokami północy zimą. Nad ławką, nad głowami siedzących zawieszone były aureolki, każdy więc przez chwilę mógł być aniołem. Mieszkaliśmy w domkach rozrzuconych po całym mieście. Były one tak słodkie, że sama się dziwę, że nie były z piernika. Mój miał dwa piętra. Na pierwszym były trzy śliczne mieszkanka, na drugim - dwa. Moje miało werandę, z ktorej widok rozpościerał się na uśpiony śniegiem ogród. Po drugiej stronie ulicy był sklep ogrodniczy. Już pierwszej nocy poszłam go zobaczyć ciekawa, czy mają drzewka, których w Polsce nie można kupić. Sklep był oczywiście zamknięty, ale wszystkie towary wystawione były na dotyk. Mogłam cieszyć oczy i ręce dziesiątkami świerków, jodełek i thuji. Nie brakowało tu wielobarwnych dywanów z wrzosów i oczywiście całego świątecznego świata stworków i atrakcji zrobionych ze szkła i żywych drzewek. Pierwsze dni były pochmurne; nie do odróżnienia był świt od zmierzchu. W drodze do teatru zalśniło nas złote światło z nieba, zachłyśnięci urodą tego naturalnego piękna szczerze dumaliśmy czy to słońce wschodzi, czy może już zachodzi. Ta szerokość geograficzna jest zagadkowa. SpektakleZaletą wspominania jest rozmiękczanie obrazu i udoskonalanie go. Rysy stają się gładkie a kolory nabierają blasku. W moich wspomnieniach Umea stała się synonimem krainy świątecznych spełnień. Pojechaliśmy tam rozgrzać zmarznięte serca potomków Wikingów naszym słowiańskim temperamentem i po raz kolejny na przestrzeni dwu sezonów zagrać premierę poza granicami naszego kraju. Łatwiej dziś dzielić się sukcesem, kiedy poznańska publiczność mogła już spektakl zobaczyć. Gdybym pisała o podbojach Polskiego Teatru Tańca bez możliwości konfrontacji tych doniesień w Polsce mogłoby to robić wrażenie autopromocji bez pokrycia. Ale Poznań, choć później niż Szwedzi, również poznał i docenił nasz sukces. Wieczór składał się z trzech części: w pierszej lyońska premiera, czyli Barocco Jacka Przybyłowicza, w drugiej wznowienie Już się zmierzcha naszej szefowej Ewy Wycichowskiej, w trzeciej - En face Susanne Jaresand. Graliśmy wespół z orkiestrą przy szczelnie wypełnionej przez przybyłą z całej Szwecji publiczność. Wieczór rozpoczynał się bordowo i ornamentycznie. O Barocco już pisałam, więc powielać się nie będę. Dość wspomnieć, iż odtańczenie go z orkiestrą było cudownością. Natomiast druga część wieczoru okazała się wprost wycelowana w szwedzki klimat. Już się zmierzcha wyrosło z inspiracji Siódmą pieczęcią Bergmana. Postać śmierci u Wycichowskiej jak u Bergmana zagrała w śmierć z wybranymi i zaprosiła ich do tańca o zmroku, na krawędzi dnia i nocy, jawy i snu. Po sakralnej figurze koła wprowadzała swych gości w takty ostatnich tchnień. Wybrana ofiara u Wycichowskiej nie musiała jednak uciekać się do fortelu, by zwyciężyć śmierć; jak u Bergmana wygrała z nią życie swą niewinnością i, nie jak u Bergmana, samotnie. Szwedzka publiczność znakomicie odczytała spektakl. Krytycy zachłysnęli się również wysublimowaną w swym ascetyzmie formą ruchu, metaforycznym ujęciem, kondensacją ładunku emocjonalnego, zwartym kształtem i nieprzegadaniem tematu oraz muzyką Góreckiego. Ostatnią pozycją w wieczorze było prapremierowe En face. Po ciemnej części Wycichowskiej na scenie zapanowała świetlista jasność, biel kostiumów, podłogi, horyzontu i setek reflekorów wprowadziły nas i widzów w świat wręcz przerażająco wygenerowanej prześwietlonej rzeczywistości. Muzyka Ingvara Lidholma, którą słusznie kojarzy się ze Strawińskim i jego Świętem wiosny, nadała całości tęsknotę za nieodgadnionym. Jaresand nigdy nie stworzyła spektaklu do muzyki z taśmy. Najciekawszym dla niej było i jest żywe spotkanie ciała i muzyki. Równoczesna konekcja dźwięków i ruchu, tancerza i muzyków są najważniejszym wyzwolicielem uczuć. Ich szczerość gwarantuje, iż całość staje się doświadczaniem nowych treści dla wykonawców i odbiorców. I już chyba nie muszę dodawać, iż owacjom popremierowym i krzykom „brawo Polska“nie było końca. BankietPo spektaklu spotkałam się z nastoletnimi uczniami szkoły baletowej. Oczarowani wciąż wypytywali, co ćwiczymy, jak i ile. Jaki mamy reperuar, z kim pracujemy, gdzie gramy i jak utrzymujemy tak fantastyczną formę. Spytali się też jak odbieram Szwecję i szwedzką publiczność. Wzorcowe państwo nie daje się skrytykować, ale ja mocno odczuwałam w nim fatalny przepis. Całkowity zakaz palenia w Szwecji jest dla nałogowca okrutny. Opowiadałam więc młodzieży jak się męczę w ich kraju/raju, kiedy palić mogę tylko na mrozie i ani to odprężające, ani sympatyczne, ani nawet nikotynowe się mi nie wydaje, a moi rozmówcy coraz większe oczy robili, bo zupełnie mnie nie rozumieli. I rzecz nie w moim angielskim tkwiła, ale w tym, że to wzorcowe państwo zdaje się mieć wzorcowych mieszkańców, którym jeśli się mówi, że coś jest zakazane, to nawet tego się nie próbuje. Młodzi Szwedzi nie znali smaku i zapachu papierosów. Zrozumiałam dlaczego sklepy nie chowały swych towarów: kraść też nie wolno. Załapałam również sposób budowania choreografii Jaresand. Szczerość uczuć, taka naga prawda, niezbrudzona kłamstwem, matactwem i efektem, są czymś, co w Szwecji może się zrodzić i może w równie prosty sposób zostać odebrane. Zrozumiałam także dlaczego Już się zmierzcha Wycichowskiej tak bardzo wpisało się w szwedzki klimat. Prawda zmagań ze śmiercią czynionych w porze i kraju wiecznego zmroku, ich subtelny ton szarości, zwyciężonej życiem i chęcią trwania na przekór okolicznościom, musiały wywrzeć w kraju tęsknoty za słońcem silne wrażenie i nie dziwi fakt, iż tę pozycję Szwedzi wychwalali najbardziej. Egzystencjalizm więc ujarzmiony, co szczególnie w bankietowych uśmiechach i wyznaniach widoczne i słyszalne było. Iwona Pasińska, marzec 2006 |







Dofinansowano ze środków 