Home » Spektakle » Aktualne » Czas Ewy » Recenzje » Tutej.pl

Tutej.pl, Lilia Łada

Czas Ewy – czas kobiety
"To niezwykła i niezwykle kobieca historia opowiedziana tańcem. Czasami piękna, czasem wstrząsająca, często smutna: pełna samotnie dźwiganych ciężarów, pełna pracy. Ale takie jest kobiece życie.
Sama Paulina Wycichowska nie chciała zbyt wiele zdradzać przed spektaklem. Wiadomo więc było tylko, że to jej solowy projekt, którego idea będzie przekazana nie tylko tańcem, ale ruchem w ogóle, na scenie będzie jej towarzyszyć saksofonistka Dorota Samsel i od czasu do czasu - Adam. Spektakl jest jakby kontynuacją i poszerzeniem wystawy grafiki Karoliny Stanieczek, którą można było oglądać przed spektaklem i w trakcie jego trwania. Ale nic nie było w stanie przygotować na to, co zobaczyliśmy na scenie, choć zinterpretowac każdy musiał już sam...
Najpierw Ewa się narodziła. Swoimi nieporadnymi ruchami jak kukiełki niewprawnego lalkarza badała świat – badała siebie i swoje możliwości. Tu po raz pierwszy pojawiło się też duże czerwone jabłko – motyw, który będzie powracał przez cały spektakl: jabłka będą obiektem zabawy, źródłem kłopotów i ciężkiej pracy, a ostatecznie to właśnie do nich powróci Ewa – kobieta bardzo zmęczona… W ogóle czerwień ma szczególne znaczenie w tym spektaklu: powraca jako czerwona parasolka Adama, za którym Ewa podąża bez wahania, wieczorowy wytworny damski pantofel, który tak bardzo jej się podoba i cały worek czerwonych jabłek, które w tej masie nie są już kuszące, są jedynie elementem kolejnych prac domowych, które musi wykonać kobieta – no bo kto…?
Apoteozą czerwieni – apoteozą kobiecości jest czerwona plama z tyłu sukienki Ewy i jest ona także najbardziej przejmującym momentem spektaklu. Dlaczego? Na to pytanie już nie tak łatwo odpowiedzieć. Bo jest to najbardziej oczywisty, najbardziej wstydliwy i powodujący najwięcej cierpień atrybut kobiecości? A może to tylko odzywające się w kobietach na ten widok pierwotne instynkty…?
Wszystkie po kolei czerwone akcenty pozwalają nam zobaczyć, jak Ewa dorasta, jak jej gesty nabierają gracji, radości i witalności, jak w jej życiu pojawia się miłość – i jak odchodzi. I może najbardziej przejmujący jest moment dramatycznej kłótni, kiedy to impulsywna i pełna emocji Ewa w desperacji usiłuje wytłumaczyć coś Adamowi, ale on, uzbrojony w swoją czerwoną parasolkę, nic nie rozumie. I chyba nie chce – w finałowej scenie na jego plecach pojawia się rzut jednej z grafik Karoliny Stanieczek, przedstawiającej zimną, beznamiętną, szyderczo uśmiechniętą twarz, spoglądającą na cały świat – i na Ewę także - z wyższości swojego szkła powiększającego. Jak na preparaty w laboratorium. A nie jest miło być preparatem…

Lilia Łada, "Tutej.pl", 10.10.2007.