Stop Non Stop

O choreografii, granicach i szkole londyńskiej opowiada Paulina Wycichowska.

Jadwiga Ignaczak: Dlaczego robisz choreografie?
Paulina Wycichowska: Jest we mnie potrzeba, chęć, czy też może nadzieja zmieniania czegoś w ludziach, dawania im czegoś w co wierzę, a wybrałam to medium, bo uważam ruch za najdoskonalszy środek porozumiewania się, nie chodzi tu o precyzję, ale o uniwersalność i znacznie mniejsze zamknięcie niż to, które dotyczy słowa. Słowo jest bardziej podatne na ograniczenia, już choćby przez istnienie systemów lingwistycznych.

JI: A ograniczenie jest czymś, co ci bardzo doskwiera? Pierwotny tytuł twojego spektaklu brzmiał "granica". Buntujesz się przeciw ograniczeniom?
PW: Mnie ograniczenia i reakcja na nie ciekawią. Jako twórca próbuję się im przyjrzeć w różnych perspektywach, z dystansem prawie badawczym.

JI: Nie jesteś anarchistą?
PW: Nie, uważam, że ograniczenia są potrzebne po to żeby można je było pokonywać, lub przynajmniej określić się w stosunku do nich. Musi być zasada, od nas zależy czy podejmiemy z nią dyskusję albo walkę, czy ją złamiemy, czy się do niej dostosujemy. Ograniczenia są potrzebne żeby móc dostrzec, znaleźć tę drugą stronę.

JI: Twój spektakl jest sposobem ustosunkowania się do ograniczeń?
PW: To rzecz bardzo otwarta, ja nie próbuję nikogo pouczać. To co przedstawiam to moje przemyślenia, obserwacje czynione w bardzo różnych okolicznościach. "Stop - non - stop" to bardzo szeroki przekrój kontekstów, w których - mam nadzieję - widzowie będą w stanie odnaleźć siebie, sytuacje w jakich byli związane z barierą, murem, jakimś skrajnym punktem fizycznym i psychicznym do jakiego doszli, który ich napotkał. To może dotyczyć nawet drobiazgów. Być może dla kogoś będzie to sytuacja tylko impresyjna, dla kogoś innego przestrzeń do identyfikacji.

JI: Czy to jest spektakl, który jest mocno osadzony w rzeczywistości?
PW: Na pewno, już choćby przez to, że na scenie spotykają się ludzie. Mimo że ruch jest formalny - w stosunku do mojej poprzedniej choreografii "W drodze do..." jest tu znacznie mniej nieoczyszczonej mowy ciała - tu każdy z tancerzy buduje jakiś charakter. Każda grupa ma swój własny język choreograficzny, a postaci mają własny kod ruchowy. Nie są to konkretne osoby z rzeczywistości, nie odwzorowuję żadnych znanych mi postaci. Wolę zresztą mówić, że tancerze są tu ludźmi, a nie grają rolę ludzi. Tancerze, moi koledzy z zespołu mieli ogromny wpływ na kształt spektaklu, szukaliśmy razem. Ten spektakl jest pewnym procesem, przez który przechodziliśmy wspólnie. Jest tu kilka bardzo konkretnych założeń: fizyczność granicy, granice między ludźmi i między grupami ludzi, granice między przekonaniami, sposoby pokonywania granic, iluzja wolności po pokonaniu granicy, rozpęd i zderzenie z kolejną granicą. Jest to spektakl o naszym świecie, ale raczej w postaci czystych punktów, w których od konkretu przechodzimy do metafory.

JI: Mimo doświadczeń postmodernistycznych, autotematyzmu i dekonstrukcji, widz teatralny wciąż jest podszyty tęsknotą do fabuły. Czy w "Stop - non - stop" opowiadasz jakąś historię?
PW: Są z całą pewnością wątki narracyjne, jest ustalony kontekst, jest prawie epicki podział na części, jest główny bohater, ale nie ma linearności, a klamry są symboliczne.

JI: Od ukończenia London Contemporary Dance School dzieli cię kilka samodzielnie zrealizowanych prac, liczne doświadczenia wykonawcze i pedagogiczne. Czujesz się nadal bardzo blisko szkoły londyńskiej?
PW: Nie, to trzeba sobie jasno powiedzieć, jestem dość daleko. Ja oczywiście realizuję szkołę londyńską, nawet nie zawsze z pełną tego świadomością. Wiem, co ze sobą zabrałam, co zgubiłam po drodze. To dotyczy zarówno techniki, estetyki, jak i filozofii. To jest pełnia, jak się zgubi filozofię to techniki już też nie ma. Studia w Londynie były niesamowitym doświadczeniem, środowisko The Place jest unikalne, to fascynujący artystyczny tygiel. Przez brak kontaktu z pewnymi zjawiskami, z atmosferą stymulacji, w której mistrz - pedagog istnieje nie po to żeby go naśladować, ale żeby znaleźć swoją indywidualną drogę, coś się wytraca. Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody. Mam plany związane z kontynuowaniem nauki w Londynie, ale nie mam złudzeń, że powtórzy się jakaś atmosfera. Zawsze tworzą ją ludzie, którzy spotkali się w tym miejscu i w tym czasie. Jedno wiem na pewno, ta szkoła daje świadomość, ja po skończeniu studiów wiedziałam: teraz jestem gotowa żeby studiować. Tam musiałam zacząć od etapu "tabula rasa". W naszym zawodzie to bardzo ważne żeby umieć oczyścić ciało i umysł ze złych przyzwyczajeń, nawyków blokujących przyswojenie nowych treści. Zawód tancerza wymaga nieustannego kształcenia i umiejętności świadomego eliminowania tego, co blokuje rozwój. Współczesna edukacja w dziedzinie tańca jest bardzo bliska myślenia Wschodu. Zresztą wiele technik, takich jak joga, tai chi czy aikido traktuje się dziś jako wspomagające w procesie kształcenia tancerza. Jeśli masz dać 10 procent złych nawyków, które się zapisały w twoim ciele, to nie pokonasz następnego progu, bo to "złe" wyjdzie i w efekcie wykonawczym i twórczym. Zresztą o tym myśli się dziś synonimicznie. To też jest historia o pokonywaniu ograniczeń.

Rozmawiała Jagoda Ignaczak