Teatr, Bartłomiej Miernik

"Komory, karaoke, zasilacze, odtwarzacze, konsole, druty, roboty, modemy, telefony, depilatory, wibratory, masturbatory, ejakulatory, dojarki, miniaturowe systemy ziemia-niebo-ziemia". Wyliczeniem zabytków kultury materialnej rozpoczyna się najnowszy spektakl Ewy Wycichowskiej pod tytułem "Carpe diem". Żyjemy w natłoku, w nadmiarze, w wodospadzie słów, które nas zalewają. Coraz częściej stawiane są obok siebie głębokie uczucia i mechaniczne reakcje. Recytująca tekst Kobieta (Iwona Pasińska) chodzi wzdłuż sceny w żółtych gumiakach, dzierżąc worek ziemi.
Szuka miejsca, by usypać kurhan. Czyj to grób? - pytanie pojawia się już na samym początku spektaklu. Obok niej tańczą "do siebie" dwie młode dziewczyny. Z rulonów czarnej podłogi do tańca rozwijają się kolejne tancerki. Wychodzą na świat, wykluwają się z pętających zwojów. Skrępowanie, ciasnota, duchota - zawiązane w podłogę ciała próbują się wyplątać. Młodzi tancerze poszukują kontaktu, uczą się ruchu", zaczynają między nimi przepływać impulsy. Z kolejnego rulonu, jak z kokonu, wysuwa się chłopak. Tańczy z dziewczyną, nic nie robiąc sobie ze spojrzeń mężczyzn pragnących zatańczyć z jego wybranką. Z tła, po niemal całkiem rozwiniętych rulonach, wolnym krokiem zbliża się pięcioro osób. Idą, jakby szli po przetartym szlaku, każdy osobno. Mechanicznie przechadzają się po liniach podłogi, doklejają ją taśmami, łączą. Wydaje się, jakby pragnęli wyjść poza ciasnotę. Poza Polskę?
Wycichowska trafnie zauważyła, że dziś, aby tańczyć, należy opuścić ten kraj, wyemigrować, dostać się do któregoś z wielu zespołów tańca zagranicą. W kolejnej scenie mężczyzna w czerwieni ciągnie za sobą grupę tancerzy. Dwóch jego towarzyszy okleja taśmą kolegę. To parodia spętania strojem baletowym. W mechanice baletu - mówi Wycichowska - nie ma miejsca i czasu na uczucie, na chwilowy przestój, na pogłębioną emocję. Choreografka w pierwszej części spektaklu idealnie pokierowała uwagą, świetnie postawiła choreograficzne kontrapunkty, umiejętnie ustawiła akcenty, potrafiła maksymalnie wykorzystać predyspozycje swoich wykonawców.. Oszczędna scenografia "Carpe diem" pozwala skupić się na emocjach ciała, na ruchu. To wykonawcy muszą zorganizować sobie przestrzeń, opanować ją, skierować uwagę widza na ciało.
Pojawia się mężczyzna w garniturze, wraca wyliczanka przedmiotów. Tancerze ustawiają się jak do zdjęcia. Z góry, z lewej strony widowni, pada snop mocnego światła, jak w jaskini, jak w ciemnym lochu. "Bądź mi kobietą, damą, lafiryndą" - powtarza trzykrotnie Pasińska i puentuje: "wiedźmą". Być dla mężczyzny wiedźmą - Kobieta wypowiada skryte pragnienia mężczyzn. Dwóch z nich pojawia się na scenie z czerwonymi szmatkami. Rozpoczyna się corrida - wabienie wybranek czerwienią, wielkie polowanie na kobiety. W następnej scenie za trzema konstrukcjami z przezroczystymi, foliowymi parawanami znajduje się troje ludzi. Wyglądają na zahibernowanych, jakby ktoś celowo umieścił ich za bryłą lodu. Tu niemożliwy staje się jakikolwiek ruch, jakiekolwiek porozumienie. Z postaciami skontrastowano tańczącą parę z przodu sceny. Na proscenium robi się niezmiernie gorąco, w tle zaś lodowato.
Jakie "Carpe diem" chce nam pokazać Wycichowska? To przecież niemożność życia tu i teraz! Choreografka ukazuje na scenie rozpiętość ludzkich uczuć. Para z przodu tańczy w czerwonym, krwistym świetle, tło pozostaje w zimnej, jarzeniówkowej barwie. Czy to Polska w ogóle - czy wnętrze każdego z nas? A kopiec ziemi z przodu sceny z umieszczoną na nim wiązanką kwiatów? Czyj to grób? Przy dźwiękach jednostajnej, natrętnej muzyki wkraczają tancerki w tandetnych, jaskrawych perukach, w zwiewnych, tiulowych strojach. Są jak figurki w katarynce. Na ich ubraniach umieszczono kody kreskowe. Są jak współczesne nastolatki - identyczne. Kobieta wymienia dwanaście kręgów. Jedenasty krąg - "kiedy dwoje staje się jednym", gdy dochodzi do połączenia - to miłość. Dwunasty "to krąg wieczności - początek i koniec w jednym". Po zakreśleniu kręgów, między tańczącymi kobietą i mężczyzną pojawia się zalążek czułości. Nagle ona odrywa się od niego. Wkracza lekki, kuglarski motyw muzyczny, rodem z Mahlera, z "Amarcord" czy "La Strady" Felliniego. Scena rozświetla się na różowo. Słychać śmiechy, tancerze bawią się w berka, sypie się konfetti. Brakuje tylko konferansjera. Wyraźny sygnał: to, co współcześnie pragnie uchodzić za kulturę, ma w rzeczywistości znamiona cyrku, klaunady, biesiady, taniej rozrywki. Nagle wszyscy uczestnicy rozkosznych igraszek padają na podłogę. Wchodzi biała para. Tancerze powstają, po raz kolejny zmieniają układy, pozują, jakby znaleźli się przed obiektywem. Zaraz jednak powraca pusta zabawa, na scenie unosi się dym, zewsząd słychać okrzyki i śmiechy. Na koturnach wchodzą kolejne solaryczne dziewczęta w różowych perukach. Scena przypomina teraz scenografię koncertu Ich Troje lub prowincjonalny pokaz mody. Oto - zdaje się dobitnie wskazywać Wycichowska - kultura naszych czasów. Show wieńczą kolejne ustawienia do zdjęć wdzięczących się do widzów tancerzy. "Szanowni działacze kultury, drodzy przyjaciele - czyta z kartek urzędowym tonem Kobieta - my, krajowi przedsiębiorcy, ogrzejemy was". Przemowa w którymś momencie zmienia się w agresywny bełkot: "Rośnij duży, okrąglutki, sto lat, sto lat, szacuneczek!". Tekst czyta jeszcze dwukrotnie: po francusku i angielsku. Otaczający ją komedianci intonują pieśń w żałobnej tonacji. I zaczyna być nieco zbyt patetycznie. Po wypowiedzeniu "s'il vous plait" Kobieta ostrym ruchem rzuca kartki na scenę. Wraz z resztą tancerzy zwraca twarz ku jasnemu promieniowi. Ku słońcu? Po chwili zbita grupka tancerzy powoli cofa się ku tyłowi sceny, w mrok. Końcowa sekwencja, apel do polityków parających się kulturą, staje się sarkastyczną, mocną kodą. "Chwytaj dzień", bo nie wiadomo, co przyniesie Ci jutro.
Ogromną zaletą spektaklu są niewidoczne, delikatne przejścia świetlne i choreograficzne pomiędzy kolejnymi scenami. W choreografii istotne miejsce zajmuje też muzyka, skomponowana przez Zbigniewa Górnego. Poszczególne motywy wracają, często służąc jako tło; wzbogacają sensy znaczeń scenicznych. Po obu stronach sceny umieszczeni zostali dwaj, grający na żywo, muzycy. Obserwują akcję, podążają za nią, by w kontrapunktach uderzyć w element perkusyjny, wydobyć pojedynczy akord. Muzyka w każdej odsłonie jest kompatybilna z ruchem.
Ewa Wycichowska w ciągu godziny opowiedziała o kondycji tancerza w Polsce, o zalewającej nas popkulturze, o dramatycznym poszukiwaniu prawdy w tworzeniu sztuki. To świetny, mądry, perfekcyjnie wykonany spektakl."

Bartłomiej Miernik, „Teatr” 07/08.2007