|
Głos Wielkopolski-Gazeta Poznańska, Stefan Drajewski
Apokalypsa albo nasza mała stabilizacja
Publiczność schodzi się powoli. W tym czasie na scenie elegancka kobieta sprząta odkurzaczem sterylne mieszkanie. Widać, że robi to z nawyku, a nie z wewnętrznej potrzeby lub konieczności.
Bohaterowie przedstawienia Karine Saporta wszystkie czynności wykonują odruchowo, powtarzalnie, bez emocji. Mieszkają pod jednym dachem, ale obok siebie. Mijają się, nie nawiązują emocjonalnych więzi. Każdy jest osobny, zamknięty w sobie, nastawiony na siebie. Próbę przezwyciężenia takich zachowań traktują jako atak na swoją prywatność, na niezależność i wolność.
Od pierwszej sceny dręczyła mnie jedna myśl: przecież ja znam tych bohaterów, znam ten typ teatralnego myślenia. Otóż bohaterowie „Apokalypsy” są - moim zdaniem - jakby żywcem wyjęci ze sztuk Tadeusza Różewicza. Nieodparcie kojarzą się z bohaterami „Kartoteki”, „Kartoteki rozrzuconej”, „Wyszedł z domu”, „Świadkowie, czyli nasza mała stabilizacja”... Nie wiem tylko, czy jest to świadoma inspiracja (Różewicz jest grany we Francji) czy przypadek. Na scenie oglądamy typy, by nie pójść dalej i nie powiedzieć chodzące stereotypy. Bohaterowie nie tworzą postaci psychologicznych. Nie potrafią ze sobą rozmawiać. Porozumiewają się za pomocą wypowiadanych w przestrzeń komunikatów, obiegowych prawd podanych do wierzenia. Ze strzępów zdań, urywanych myśli możemy przekonać się o samotności i beznadziejnej egzystencji bohaterów. Ale czy jest to tytułowa „Apokalypsa”? Mnie się raczej wydaje, że Saporcie bliżej do tego, co Różewicz już w latach 60. XX wieku nazwał „naszą małą stabilizacją”.
Z podziwem oglądałem tancerzy Polskiego Teatru Tańca i na miejscu Ewy Wycichowskiej obawiałbym się, czy nie uciekną jej wkrótce do teatru dramatycznego lub serialu. Nigdy dotąd nie musieli tyle mówić i grać, bo tańca w tym przedstawieniu jak na lekarstwo. Na dodatek, teksty, które wypowiadają, są ich, są autentyczne.
Tancerze Polskiego Teatru Tańca mówią po angielsku. Trochę mnie to rozbawiło i przypomniałem sobie artykuł Jerzego Ziomka o prowincjonalizmie w literaturze. Profesor twierdził w nim, że prowincjonalizm nie jest kategorią geograficzną, ale mentalną. Zabieg zastosowany w „Apokalypsie” jest tego najlepszym dowodem.
Stefan Drajewski, Głos Wielkopolski-Gazeta Poznańska, 28.06.2007.
|