|
Tutej.pl, Joanna Błaszkowska
Czy jest coś do uchwycenia?
Słynne zawołanie Horacego - "Chwytaj dzień" - jest tytułem najnowszego spektaklu Polskiego Teatru Tańca. Widowisko, które miało swoją premierę w piątek, skłania do wielu refleksji, a jego analiza zaprowadzić może do bardzo owocnych wniosków każdego, kto takową podejmie.
Do czego odnosi nas tytuł spektaklu - Carpe diem? Do postulatu cieszenia się chwilą, wysuwanego już w starożytności i kontynuowanego przez stulecia. Chwytaj dzień, dopóki nie uleci – zachęca cytat z Horacjusza, niosąc skojarzenia z beztroskimi, szczęśliwymi momentami, które chciałoby się przedłużyć w nieskończoność. Mając w pamięci takie znaczenia związane z tytułem widowiska teatru Ewy Wycichowskiej, odruchowo szuka się w spektaklu tego, co sugerowałoby te radosne chwile, warte uwiecznienia. I tutaj przychodzi wielkie, acz bardzo konstruktywne w swych skutkach zaskoczenie: tych wspaniałych, szczęśliwych momentów widowisko zasadniczo nie przynosi.
Taniec, wykonany po mistrzowsku do zasługującej na gromkie oklaski muzyki Zbigniewa Górnego i Macieja Górnego, kreuje przemożną atmosferę niepokoju. Tancerze swoim ruchem przekazują gonitwę za czymś, czasem agresję, wzajemne żądania, strach, samotność. Generalny nastrój niespełnienia potęgują także wykrzykiwane przez nich słowa, nie będące częścią żadnego dialogu: “daleko, zimno, za późno” - słyszymy. Sceny dynamicznego, zdecydowanego ruchu do rytmicznej muzyki, w niektórych momentach wykonywanej niemalże przez same instrumenty perkusyjne, sugerują przemożne dążenie do celu, być może do uchwycenia tego, co jest uchwycenia warte – jednakże brakuje sekwencji sugerujących choćby chwilowe spełnienie. Gonitwa nie kończy się żadnym sukcesem.
Klimat niepokoju stwarzany przez dźwięki, choreografię oraz scenografię, której można by nadać matematyczną nazwę “dążąca do zera”, wraz z recytowanymi na początku i przy końcu spektaklu nazwani urządzeń elektrycznych (“miksery, telewizory, akumulatory, vacuum cleanery, wibratory, komputery, suszarki...”), umieszcza tancerzy wraz z widzami we współczesnej, przesiąkniętej technologią rzeczywistości. W niej chwytać powinniśmy tytułowy dzień, ale we wszechobecnym pośpiechu i nieoczywistości najwyraźniej trudno jest znaleźć cokolwiek wartego zatrzymania.
Jednakże przez cały czas trwania spektaklu, całkiem z przodu sceny, dzieje się coś przynoszącego wytchnienie. Otóż przy krawędzi sceny znajduje się niepozorna i nieatrakcyjna kupka ciemnej ziemi. Przy niej czuwa kilku tancerzy: pochylają się nad burym piachem, na którym w pewnym momencie pojawia się pokaźna paproć. Kiedy odrywają się od tańca i przyklękają przy kopczyku, ich ruchy i twarze łagodnieją; niknie niepokój i agresja. Być może tutaj znajduje się rzeczywistość warta zatrzymania; jednakże paradoks stanowi to, iż nie trzeba jej chwytać. Co więcej, nie da się jej schwytać, bo ona po prostu jest. Wystarczy przy niej przysiąść.
Czym jest to, co w codziennej, miejskiej gonitwie warte jest uwagi? Naturą? Ciszą? Zwolnieniem tempa? Czy też pozbyciem się niemalże całodobowego wizerunku, noszonego jak ubranie sposobu bycia, przez który komunikujemy się z innymi, i który tak jaskrawie został przedstawiony przez choreografię i kostiumy w Carpe diem? Oprócz małego “sanktuarium” obok kopczyka ziemi, jeszcze jeden motyw wymyka się ciągłemu niespełnieniu. Są to dwa ostatnie tańce wykonane przez zespół. Szalone, radosne: pierwszy w metrum trójkowym, przy wtórze quasi-bałkańskiego zestrojenia instrumentów dętych, drugi zaś do rytmu tanga. Może irracjonalny taniec przynosi to chwilowe szczęście, które trzeba chwytać? Bo na pewno nie zapewnia go “opieka przedsiębiorców i rzemieślników”, oferowana pod koniec widowiska grupce tancerzy, zgromadzonych na scenie i wyglądających jak bohaterowie jakichś dziwnych bajek, przez jedną z członkiń zespołu, przekształconą na chwilę w przedstawicielkę wspomnianych przedsiębiorców, i wykrzykującą w stronę artystów zapewnienia o pomocy. Sposób, w jaki wygłasza ona swoje przemówienie (co znamienne, w języku polskim, angielskim i francuskim) sugeruje, że sama potrzebuje opieki. We wszechogarniającej gonitwie i zatopieniu człowieka w technologii żadne obietnice odgórnej pomocy nie przynoszą upragnionej radości i szczęścia.
Gdzie je więc można odnaleźć? Czy spektakl Teatru Tańca odpowiada na to pytanie? Nie byłby dobry, gdyby odpowiedział. Tu zadanie dla widzów. Powodzenia.
Joanna Błaszkowska, Tutej.pl, 06.03.2007.
|