|
Łukasz Fleischerowicz, Tygodnik Poznański
Dialog formy
Stało się to, na co czekaliśmy już od miesięcy. Mamy nowe spektakle poznańskich baletmistrzów. Są to w dodatku odmienne przedstawienia. Każdy z nich prezentuje inne podejście do wyrażania myśli o dzisiejszym tańcu.
"Hammering", pierwszy z nich to dzieło amerykańskiego choreografa Joe Altera, który od kilku lat mieszka w Warszawie. Przygotowując się do jego realizacji, zaczerpnął u źródeł swojej dzisiejszej postawy. Na scenie zobaczyliśmy więc samych aktorów. Właściwie ludzi, gdyż amerykańska filozofia tańca przeciwstawia się występowaniu na scenie, jako grze fikcji. Tam wszystko ma płynąć z wnętrza wykonawców, z potrzeby ich wyrażenia. Nie było żadnych rekwizytów, jedyne co się zmieniało, to kotara znajdująca się w tyle. Przybierała różne barwy - zielone, czerwone, fioletowe...
Bezpośrednią inspiracją Altera, była muzyka Kavina Volansa oraz słowa Rainera Rilkego z "Letters of Love": - Partytura ma rytmiczną i strukturalną zawartość, idealną dla tancerzy. Z kolei miłość o której mówi Rilke, to uczucie młodych ludzi, debiutantów, którzy nie mogą jej jeszcze znać, muszą się jej dopiero nauczyć.
Drugim spektaklem wieczoru był "Stop-non-stop", autorstwa Pauliny Wycichowskiej, absolwentki London Contemporary Dance School, obecnie tancerki i pedagoga polskiego Teatru Tańca. Jego pierwotnym tytułem miała być granica: - Ciekawią mnie ograniczenia i reakcja na nie - mówi twórczyni. Próbuję się im przyglądać z różnych zdystansowanych perspektyw - tłumaczy. Takie też jest przedstawienie. Jego bohaterowie mają problemy, których nie potrafią rozwiązać. Gubią się w rzeczywistości, w tym sensie, że nie mogą czynić tego, co uważają za właściwe. Widzimy więc dziewczynę zamkniętą w szklanej celi, mężczyznę pełzającego po ziemi, ludzi skrępowanych grubymi linami.
Autorzy obu spektakli nie szukają rozwiązań, dla nurtujących ich zagadnień. Tak jak mówi Wycichowska, stoją z boku i przyglądają się, tak jak widzowie. Rozwiązań szukać musimy własnych, indywidualnych.
Nie sposób wyróżniać któregokolwiek z tancerzy. Istotą tańca zespołowego, jest przecież wspólnota różnych, ale nawzajem uzupełniających się postaci (podobnie, jak orkiestra, czy zespół instrumentalny). Gdy jeden zawodzi, tracą wszyscy. Gdy z kolei wszyscy wywiążą się ze swoich zadań, uczucie spełnienia potęguje w ogromnej sile. Tak było w tym przypadku. Miło patrzyło się na ten niepowtarzalny "dialog formy". Osobiście, z czysto estetycznego punktu widzenia opowiem się po stronie "Stop-non-stop". Europejskie myślenie jest mi chyba trochę bliższe.
Łukasz Fleischerowicz, Tygodnik Poznański, 15-21.01.2001.
|